2005 | VIM 7 1/2 - MOSKWA
Wyciągnięte z lamusa

Kiedy to Andriej i Nikolaj parę godzin później ściskając na pożegnanie dłoń powiedzieli:Prijezdżajcie!, Żdajem was! Moskwa! Niewątpliwie kusząca perspektywa zobaczenia słynnego Placu Czerwonego, kusząca perspektywa pokonania tysięcy kilometrów w nieznanym do tej pory kraju.

   

VIM 7 1/2 MOSKWA
04-18 Czerwiec 2005

Kiedy przebrzmiało echo oficjalnych słów pożegnania, kiedy ośrodek w Debrzynie układał się do snu po pełnym wrażeń ostatnim dniu siódmego już VIM-u, w holu recepcji ośrodka rozległ się śmiech gdy Andriej na tablicy ogłoszeń przyczepił kartkę z nagłówkiem:
VIM 7 1
Trasa Debrzyno-Moskwa
Wyjazd godzina 10:00
Prowadzący Andriej
1. Richi
2. Pretor
3. ..................
4. ..................
5. ..................
6. ...................
7. ...................
Następnego dnia ktoś kartkę zdjął, ale pomysł pozostał. Tym bardziej, kiedy to Andriej i Nikolaj parę godzin później ściskając na pożegnanie dłoń powiedzieli: Prijezdżajcie!, Żdajem was! Moskwa! Niewątpliwie kusząca perspektywa zobaczenia słynnego Placu Czerwonego, kusząca perspektywa pokonania tysięcy kilometrów w nieznanym do tej pory kraju. Jakże jednak pojechać do Moskwy nie zobaczywszy Sankt Petersburga? Jakże pojechać do Sankt Petersburga nie zobaczywszy po drodze Wilna, Rygi no i Tallina?
Jedziemy?- parę dni później zapytałem Pretora przez telefon. Chwila wahania i : Jedziemy!

Wizy, vołczery, rezerwacje hotelu, plik drobnych w zielonej walucie, jednym słowem wszystko to co potrzebne aby nie zawrócili z granicy zostało przygotowane i nadszedł oczekiwany dzień wyjazdu. Z Gdańska ruszyłem ja-Richi z plecaczkiem Anią z Warszawy Pretor z plecaczkiem Martą.
Zbiórka nastąpiła pod Białym Stokiem na daczy mojego kolegi.
Następnego dnia czyli 5 czerwca już połączone siły dwóch jednakowo czarnych Varadero z ich załogami na pokładzie ruszyły w stronę pierwszej granicy polsko – litewskiej.
Unijna wspólnota zaowocowała płynnym pokonaniem granicy co z kolei pozwoliło szybko zainstalować się w hotelu w Wilnie i ruszyć na zwiedzanie bliskiemu nam, Polakom sercu miasta. Obowiązkowo odwiedziny obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej zaś dodatkowo polecany przez Marcina i Tośka, którzy parę dni wcześniej zrobili rundkę po krajach nadbałtyckich objazd miasta otwartym autobusem dopełnił program zwiedzania. Słowa litewskiego przewodnika, kiedy to mijaliśmy pomnik Adama Mickiewicza, że oto widzimy naszego poetę jeszcze bardziej zintegrowały poczucie unijnej wspólnoty. Wieczór minął zaś na żartach przy płynie integracyjnym w postaci piwa i wina, ale i też ważnym obserwowaniu się i zadawaniem w myślach pytania: Jak to będzie dalej? Co tu dużo mówić znamy się raczej mało, że zacytuję słowa kaoszczaka z „Misia”. I oni i my z Anią do tej pory nie jechaliśmy tak daleko więcej niż w jeden motorek. Wkrótce okazało się, że Pretor to Misiu, a Marta to Pysia i tak już zostało do ostatniego kilometra. Aby nie było żadnych wątpliwości objąłem przewodnictwo nad stadem mianując się komandorem tego zlotu bo co tu dużo mówić czułem niedosyt po VIM-ie 7 gdzie dochrapałem się tylko tytułu Organizator, choć czułem, że vice komandor bardzo by mi odpowiadał. Pomny słów Marcina, że mnie nie wolno dawać władzy starałem się być wyrozumiały i otwarty na wszelkie propozycje i zmiany wypływające z dołów i bez większych oporów zgodziłem się na pizze zamiast litewskich klusek, kiedy nadeszła pora posiłku. Tak więc w miłej i tylko lekko zdyscyplinowanej atmosferze dojechaliśmy do Rygi gdzie całe popołudnie spędziliśmy gulając po starówce.

Wielokilometrowe nabrzeże z cumującymi przy nim statkami pasażerskimi natchnął Pysię pomysłem aby zahaczyć jeszcze o Helsinki. Zmieniało to naszą wcześniej ustaloną trasę czyli Tallin – Sankt Petersburg na Tallin – Helsinki – Sankt Petersburg. Kiedy tylko padła ta propozycja oczy wszystkich spoczęły na obliczu komandora. Choć pomysł mi się od razu spodobał musiałem się chwilę powymądrzać, że ustalonej ruty nie zmienia się bo robi się bałagan w całym grafiku wyprawy itd., itp. W sumie stanęło na tym, że w Tallinie zorientujemy się na przystani promowej co i jak i tam podejmiemy ostateczną decyzję. Kolejną unijną granicę pomiędzy Łotwą i Estonią znowu przekraczamy można by powiedzieć w biegu i wygodnymi, prawie pustymi drogami w pięknej słonecznej pogodzie zajeżdżamy prosto pod kasy promów zerkając na piękną, usadowioną na wzgórzu starówkę. Szybko znajdujemy dogodne dla nas połączenie. Jest taki prom, który wyrusza z Tallina o godzinie 23 trzydzieści i choć odległość do Helsinek wymaga tylko trzech i pół godziny żeglugi prom „Melodia” pokonuje ją przez osiem godzin oferując przewóz dwóch osób w kabinie oraz sprzętu za jedyne 55 euro. Z biletami w kieszeni, po spętaniu jak na każdym postoju naszych Laluń łańcuchami ruszamy podziwiać stare miasto Tallina. Co by tu nie powiedzieć, co by tu nie napisać to starówkę w Tallinie po prostu trzeba samemu zobaczyć. Jej urocze zakątki, malowniczy rynek z rozłożonymi dookoła restauracyjnymi ogródkami, widokowe miejsce na samym szczycie wzgórza stwarzają przyjemne uczucie podróży w czasie oraz rodzi postanowienie, że trzeba tu jeszcze wrócić. Tym bardziej, że nie udało się nam odszukać w zakamarkach uliczek pamiątkowej tablicy uwieczniającej internowanie polskiego okrętu podwodnego „Orzeł”. Kiedy zbliżyła się godzina odpłynięcia promu usadowiliśmy w poczekalni przystani promowej jednym okiem zerkając na zaparkowane sprzęty drugim obserwując młodych Finów będących pod wpływem. Trudno mówić o krzepiącym widoku, ale skąd wzięło się pojęcie, że to my Słowianie mamy słabość do wyskokowych napoi? Tuż przed północą laszujemy Lalunie tuż przy polskim autobusie. Sami udajemy się do naszych kabinowych apartamentów. Wieczór, a raczej środek nocy upływa nam na zwiedzaniu tego pływającego hotelu z garażem i sączeniu drinków zakupionych w sklepie wolnocłowym. Na szczęście sączenie odbyło się z umiarem bo jak tylko opuściliśmy gościnny pokład „Melodii” nasz pierwszy kontakt z fińską ziemią i jej mieszkańcami to było dmuchanie w probierz trzeźwości. Helsinki powitały nas wspaniałą, słoneczną pogodą. Zatrzymaliśmy się przy pierwszym ogródku przylegającym do niewielkiego kiosku z kanapkami i kawą. Obserwując spieszących do pracy mieszkańców Helsinek pałaszowaliśmy buły z szynką i serem. Strefa euro spowodowała, że śniadanie kosztowało tyle co u nas, w kraju obiad, ale były to nasze jedyne wydatki bo przezornie zatankowaliśmy w Tallinie, który to nam cenowo bliższy. Krótkie szukanie drogi wyjazdowej w stronę rosyjskiej granicy pozostawia w naszej pamięci obraz miasta zaś równie krótka seria zdjęciowa w malowniczej marinie utrwala to co może się wymazać z pamięci. W końcu opuszczamy stolicę Finlandii i objeżdżamy północną stronę Zatoki Fińskiej. Tu muszę przeprosić czytelnika za mała nieścisłość. śniadanie w Helsinkach to nie były nasze jedyne wydatki w strefie euro. Oto zatrzymaliśmy się po drodze na parkingu, w którego sąsiedztwie stała niepozorna budka oferująca napoje i ryby. Ale jakie ryby! Porcja właśnie co uwędzonego łososia nie tylko zaspokoiła nasz głód, ale sądzę, że taki koneser ryb jakim niewątpliwie jest Tosiek i znawca nie tylko polskiej gastronomii jakim niewątpliwie jest Marcin z Gaju mieli by wiele do powiedzenia na temat rozkoszy smakowych jakich dostarczyła konsumpcja tego wędzonego delikatesu. Nam po prostu odebrało mowę i siły do dalszej jazdy. Dopiero godzinna drzemka nad brzegiem pobliskiego jeziorka pozwoliła kontynuować podróż.
Prawie półtora godzinny pobyt na granicy Fińsko-Rosyjskiej wcale nie spowodowany kolejką pojazdów, ale mozolnym wypełnianiem druków i deklaracji zaowocował w końcu wjazdem do największego państwa na świecie. I od razu przyjemna niespodzianka. Tuż za granicą, nim jeszcze przekroczyliśmy pierwszy punkt kontrolny odbyliśmy tankowanie za jedyne złoty i sześćdziesiąt groszy za litr! I tak było za każdym razem na stacjach benzynowych czyli bienzynnych zaprawkach. Swoją drogą nasza petrochemia z całą czapą Orlenu, Rafinerii Gdańskiej, pośredników, afer, zarządów i akcyzy dobrze się stara bo w takiej np. Litwie, Łotwie można zatankować za dwa złote i osiemdziesiąt groszy za litr. Panowie! Gratuluję! To jest biznes!
Jakieś 40 km przed Petersburgiem nazywanym pieszczotliwie przez mieszkańców Piterem zasięgamy języka na stacji benzynowej gdzie by tu przenocować. W samym Piterze noclegi piekielnie drogie.
Okazuje się, że pobliżu znajduje się coś, co z opisu klienta zaprawki, kupującego w pośpiechu pół litra i karton pomarańczowego soku, pieści ucho nazwą pensjonat Diuna nad brzegiem morza. Czyli w naszym luźnym tłumaczeniu pensjonat na wydmach. Prawda okazała się, jak w starej anegdocie, że na Placu Czerwonym rozdają rowery trochę inna. Pensjonat okazał się ruiną ośrodka wczasowego, który nawet w czasach swojej wątpliwej świetności nie przypominał pensjonatu. Natomiast wydmy i brzeg morza to była prawda. Nie można też nie wspomnieć o chmarach komarów, które tylko dzięki białym nocom nie zagryzły nas na śmierć. Jak tylko tuż przed północą słonko chowało się za horyzontem rzucały się na nas całymi oddziałami i tylko motocyklowe ubranka były wstanie ochronić przed bezlitosnym kłuciem i wysysaniem krwi. No, ale jak w kaskach przyjmować płyny integracyjne bo samo podziwianie braku nocy przez szybki kasku miało szanse powodzenia.
Piąty i szósty dzień naszej wyprawy to achy i ochy w Petersburgu i Piterhofie. Wybudowany na bagnach, kosztem wielu ludzkich istnień Sankt Petersburg to, jak tu się często mówi muzeum pod otwartym niebem. Wycieczka niewielkim stateczkiem kanałami Wenecji Północy najlepiej chyba pokazała piękno tego miasta-muzeum. Dopiero co odświeżone, z okazji 300-lecia Pitera kamienice, pałace, cerkwie, mosty robią wrażenie. Przepych Newskiego Prospektu, bajkowy, zielono biały Zimowy Pałac przytłaczają chyba każdego turystę, a było ich tam co nie miara. Popołudnie pierwszego dnia przeznaczyliśmy na zwiedzanie jednej z najbogatszych galerii dzieł sztuki na świecie- Ermitażu. Choć zapoczątkowała tą galerię Caryca Katarzyna miniona epoka komunizmu pozostawiła i tu swój ślad. Wstęp dla obco krajowców jest trzy razy droższy niż dla obywateli Rosji. I tak na każdym kroku włącznie z pensjonatem Diuna gdzie byliśmy zmuszenie do opłaty pokoju wraz z śniadaniem. Raz, że nie można było inaczej, a po drugie, że było taniej niż pokój bez śniadania. Trudno uwierzyć? Nam było też trudno uwierzyć. Pałac Zimowy już nie przytłacza swoim ogromem i przepychem zgromadzonych tam skarbów. On poraża! Co rusz gubiliśmy się w salach i komnatach. Wyszliśmy jako jedni z ostatnich, ale trudno powiedzieć czy widzieliśmy wszystko. Na pewno nie byliśmy wstanie zapamiętać wszystkiego co widzieliśmy. Wrażenie pozostanie jednak do końca życia. Kolejny dzień to zwiedzanie letniej rezydencji cara Piotra Wielkiego, Piterhofu. Z niezapomnianego pensjonatu Diuna mieliśmy dwie możliwości dotarcia do daczy cara. Albo przejechać przez Petersburg albo przed Petersburgiem skręcić na usypaną groblę łączącą stały ląd z Kronsztadem i stamtąd przeprawić się promem prawie do samego Piterhofu. Pamiętni ulicznych korków, jakie musieliśmy pokonywać poprzedniego dnia wybraliśmy drugą opcję. Kronsztad, była baza marynarki wojennej świecił pustką nie licząc grup kilkunastoletnich dzieciaków w marynarskich mundurach. To przyszłe kadry i załogi okrętów wojennych. Przy wejściu do letniej rezydencji znowu płacimy potrójną cenę za bilet pomimo, że próbuję je kupić używając najlepiej jak potrafię rosyjskiego języka. Pani z kasy spojrzawszy na mnie spytała:
A wy od kuda? Jakoś nie przeszło mi przez gardło: nu kak? Ja grażdanin!
Z Polszy wyartykułowałem nadal licząc na jakieś ulgi. No to 300 rubliej – odpowiedziała bezlitośnie. Tutejsi płacą za wstęp 100. No, ale warto było. Pałace-bungalowy, kaskady wody i gdzie spojrzeć fontanny, fontanny, fontanny. Podziwiając tryskające w niebo strugi wody nie chce się wierzyć, że napływająca z gór woda oraz odpowiednio dobrane przekroje kanałów nadają wodzie odpowiednie ciśnienie. Piotr Wielki bardzo lubił morze więc zajmowany kiedyś przez niego pałac-pawilon jest tak usytuowany, że mimo znacznej odległości mógł on spokojnie patrzeć na fale Bałtyku. Pogoda nadal nas rozpieszczała słońcem i zupełnie letnimi temperaturami, aż nie mogliśmy uwierzyć, kiedy dowiedzieliśmy się, że w Piterze średnio rocznie, słonecznych dni jest 28. Słownie dwadzieścia osiem!

Nadszedł 11 czerwiec, czyli dzień ataku na kilometry dzielące nas od Moskwy. Spokojnie, w pełnym wymiarze działająca administracja pensjonatu-ruinki Diuna uraczyła nas obowiązkowym meldunkiem aż do 12 czerwca, co dało nam szanse nie meldowania się w Moskwie. Jak się później okazało uratowało nas to przed tłumaczeniem się z zgubionych dni na granicy, podczas wyjazdu z Rosji choć nie obyło się bez niewielkiego śledztwa.
Drogę do Moskwy, ponad 850 kilometrów można by opisać krótko. Lasy, pola, pola, lasy, dziury w jezdni, nie ma dziur w jezdni, znowu dziury, szeroka droga, wąska droga, znowu las, o znowu pole, pusto. Między bajki jednak trzeba włożyć opowiadania o jamach na środku drogi. Fakt, że droga z Pitera do Moskwy jest jedną z głównych dróg w Rosji, ale tych co opowiadają jakie to fatalne drogi w Rosji odsyłam na nasze drogi na przykład na Mazurach. Potem możemy podyskutować. Jednak, w pewnym momencie jakieś 300 km przed stolicą Rosji, nagle przy drodze pojawiły się dymiące samowary. Co kilkanaście metrów umieszczone na zbitych z desek stołach dymiły, opalane węglem drzewnym prawdziwe, albo po rosyjsku mówiąc: nastajaszcze samowary. Przy każdym z nich babina z chustą na głowie pilnowała tego przydrożnego interesu. Nieliczne drewniane chałupy-bidy często ginące w kwitnących drzewach owocowych i wysokiej trawie dopełniały tego sielskiego widoku. Zatrzymaliśmy się tuż przy jednym samowarze i trochę nam zrzedły miny, kiedy to herbata z samowara to była zalana wrzątkiem torebka herbaty, podana w plastykowym kubeczku. Ale kiedy babina wyciągnęła z torby otulone w gazety prawdziwe ruskie pierogi, a to mięsem, a to z kapustą, a to jabłkami poczuliśmy prawdziwy klimat rosyjskiej wsi. Zasiedliśmy więc przy bida-stoliku, siorbiąc gorącą herbatę zajadaliśmy się pierogami, na który przepis, zapewne przechodził z pokolenia na pokolenie. Po takich wspaniałościach pozostałe 300 km drogi zleciał jak z bicza trzasł.
Na rogatkach Moskwy czekał zniecierpliwiony komitet organizatorów Varadero International Meeting 7 i jedna druga w osobach Andrieja, Nikolaja, obaj byli w Polsce na VIM-ie 7 oraz Aloszy, który bardzo chciał ale nie mógł przyjechać. Niewielki papierowy plakat umieszczony na okazałym, aluminiowym kufrze Andrieja nie pozostawiał żadnych złudzeń co do serdeczności powitania i radości z naszego przybycia. Typowy w takiej sytuacji niedźwiedź dla panów, a całuski dla plecaczków dopełniły formalności oficjalnych powitań, zaś część nieoficjalna nastąpiła jak tylko rozgościliśmy w, oddanemu nam do dyspozycji przez Nikolaja, czyli Kolę mieszkaniu. śmiało można powiedzieć, że pierwszy wieczór minął w atmosferze przyjaźni i wzajemnego zrozumienia mimo niewielkich barier językowych. Tak się złożyło, że dzień następny pobytu w Moskwie przypadł na niedawno ustanowione przez samego Putina święto” Dzień Rosji. Moskwa tonęła więc w świątecznej szacie, ale nie w flagach i transparentach. Uwidoczniało się to przede wszystkim rzeszami milicji ubranymi w białe rubaszki. Na co dzień chodzą w szarych uniformach, co szczególnie utrudnia wyłapywanie wzrokiem tych z suszarkami w ręku. Tak nas właśnie namierzyli w drodze do stolicy bo figurka milicjanta zupełnie mi się zlała z kolorem asfaltu. Kosztowało to nas, krótką bardzo przyjazną wymianę zdań i pięć dolarów. Tak wiec Moskwa świętowała dzień Rosji i z tego powodu wszystkie atrakcje jak Plac Czerwony czy miejsce zbiórek kolegów motocyklistów były zamknięte lub zablokowane polewaczkami. Takimi polewaczkami jakie i kiedyś u nas polewały wodę na rozgrzany asfalt tworząc śliskie błotko. Nawet mowy nie ma o zwiedzeniu Mauzoleum Lenina i nikt nie wie, kiedy będzie udostępnione dla plebsu. Jeździliśmy więc samochodem Andrieja czyli gulaliśmy po Maskwie. Duże to miasto, oj duże. A każda ulica wydaję się już tą największa, ale tylko się wydaje, bo jak się skręci w inną to jest jeszcze większa. Jednym słowem byliśmy zakręceni od tego wszystkiego wielkiego. Ulice szerokie i wygodne, choć jak nas koledzy Moskwiczanie ostrzegali białe linie na naszych, polskich drogach to małe piwo z tym co prezentują sobie białe znaki i linie na ulicach Moskwy w czasie deszczu. Jazda figurowa na lodzie to też małe piwo tu przydałyby się bobsleje. Uważamy więc, kiedy to na motorkach zwiedzamy miasto moloch, a deszczyk od czasu do czasu przypomina, że to jeszcze wiosna. Drugiego dnia znowu próbowaliśmy dostać się na Plac Czerwony, ale znowu zamknięty bo jak święto przypada na niedzielę to następny dzień też jest wolny od pracy. Mimo panujących upałów w pewnym momencie poczuliśmy chłód Syberii, kiedy to mijaliśmy ukraszony na spokojny miodowy kolor budynek KG.B., na Łubiance. Nie wyższy niż cztery, pięć pięter, a uważany za najwyższy w Moskwie. Najwyższy, bo jak fama niesie z jego okien to i Syberię można zobaczyć. Poczucie humoru naszych kolegów z Moskwy powoduje występujące w permanencji salwy śmiechu, a każde wieczorne spotkanie zamienia w polityczny kabaret. Ot chciałoby się tu przytoczyć parę anegdot, ale nie przystoi. Pozostawiam więc je na spotkania trzeciego stopnia czyli na nasze zloty Varadero. śmiechy chichy, ale drugiego dnia znowu nie udało się nam zobaczyć Lenina. Natomiast zmiana warty przy wiecznym płomieniu, pod murami Kremla to spektakl przyciągający tłumy nie tylko turystów. Jak oni, żołnierze maszerują. Jak oni te nogi zadzierają przy każdym kroku aż w głowie od patrzenia się kręci. Myślę, że treningi takiego kroku trzeba zaczynać od szpagatu, a później samo pójdzie. Po południu zaś raczymy się piwem w motocyklowym klubie o nazwie „Wołki”. Oczywiście, jak przystało na Moskwę klub zajmuję olbrzymi dziedziniec gdzie spawana metaloplastyka jak by żywcem wzięta z Mad Maxa jednoznacznie nadaje charakter Harlejowy. Nasze Lalunie jakoś niezbyt dobrze czuły się na tym dziedzińcu, ale nie da się ukryć klimat tam jest motocyklowy. W tym dniu udało się nam na tyle zbliżyć się do Placu Czerwonego, że zrobiliśmy pamiątkowe fotki z klubowym transparentem na czele. Przy okazji parę krasawic sfotografowało się z Laluniami, a policjanci niezmiennie odziani w białe rubaszki przyglądali się fotograficznej sesji. Dzień trzeci pobytu w Moskwie to ostatnia szansa zobaczenia wodza rewolucji. Andriej i Kola zmuszenie szarą rzeczywistością udają się do pracy my zaś do metra i z jedną przesiadką lądujemy znowu przy Krasnej Płoszczadzi. Kiedy zajmujemy miejsce w kolejce do Mauzoleum, tuż za grupą Koreańczyków okazuje się, że Mauzoleum zostanie zamknięte o godzinie trzynastej, a do niej zostało nam tylko czterdzieści minut. Wpadliśmy w lekką panikę, że wyjedziemy z Moskwy i nie zobaczymy słynnej mumii. Kończę więc z parodniowym rozprężeniem dyscypliny i przejmuję inicjatywę w swoje, komandorskie ręce. Krótki wywiad u tych co bronią dostępu do zwłok i już wiadomo, że bez przewodnika nijak kolejki się nie przeskoczy. Najbliższy przewodnik akurat negocjował z parą Amerykanów ominięcie milicyjnej zapory więc bez chwili namysłu dołączamy do nich co nas kosztuje 30 złotych od łebka. Z ust tego, który nas wprowadził na ziemię obiecaną, wnosząc nasze aparaty fotograficzne pod pazuchą płyną słowa prawdy o tym co działo się na tej ziemi przez ostatnie dziesięciolecia, a nam włos na głowie i nie tylko się jeży. System, który stworzył Stalin i jemu podobni był prosty i tym samym niemalże genialny. Mianowicie co parę, czy parę naście lat stawiał na czele służb specjalnych kogoś nowego z zadaniem wymordowania dotychczasowej ekipy i stworzenie własnej. Taki wybraniec nie miał wyboru. Mordował i czekał, kiedy na niego przyjdzie kolej. Nim zatopiliśmy się w podziemia spoczynku tego, który zapoczątkował to imperium zła, mijamy mogiły z popiersiami tych, którzy nim sami oddali życie dla dobra systemu mordowali innych w jego imieniu. Słowa naszego przewodnika budzą strach i uczucie wdzięczności dla tych wszystkich, którzy przyczynili się do złamania tego imperium. Im chwała nam wolność.
Kiedy jednak mijamy czwórki żołnierzy stojących niczym woskowe figury w podziemiach mauzoleum niemal fizycznie czujemy atmosferę tamtych dni. Trudno zaś czuć cokolwiek innego niż obojętność, kiedy mijamy podświetloną mumię wodza rewolucji przypominającą raczej kukiełkę niż zmumifikowane zwłoki. Kiedy znowu wychodzimy na zalany słońcem Plac Czerwony to co nasze oczy widziały przed chwilą wydaje się złym snem. I niech tak zostanie.
Moment pożegnania naszych wspaniałych gospodarzy wypadł liczącej dziesiątki kilometrów obwodnicy Moskwy, na niewielkiej benzinnej zaprawce. Krótki uścisk dłoni, mały niedźwiadek na pożegnanie. Dziękujemy Wam za zaproszeni, dziękujemy wam za niezapomnianą gościnę. Dziękujemy Andriej, dziękujemy Nikolaj, dziękujemy Alosza. Było wspaniale! Było niezapomnianie! W naszych kufrach podarowane przez organizatorów koszulki z napisem:
Niezapomniany Związek Radziecki. Tak niezapomniany! Czekamy na Was, przyjaciele w Polsce.

Richi i Ania, Pretor i Pysia. - Motocykle: Honda Varadero XL1000